Sabah al hir wszystkim
No i powróciłem do Polski, żywy i zdrowy po pierwszym w swoim życiu wyjeździe za granicę
Nie dość że zaliczyłem lot samolotem, kąpiel w morzu w którym widać dno nawet w miejscu gdzie nie mam gruntu to jechałem na wielbłądzie, targowałem się i ogólnie rzecz biorąc na żywo widziałem palmy i jadłem tunezyjskie specjały
Ale wszystko od początku
Pierwszą rzeczą po opuszczeniu samolotu był gorąc który uderzył w nas z siłą wodospadu (takie jakieś dziwne skojarzenie
). Potem po odprawie na lotnisku w Monastirze jazda jakieś 2 godziny do hotelu. Po spędzeniu kilkudziesięciu minut na wypełnieniu karty z danymi (nie wiem po co to ale poza kartą z Naszymi danymi w hotelu, podobną kartę wypełnialiśmy w samolocie) dostaliśmy klucze do pokoju numer 203. Nie wiem czy to hasło TUI czy jakiś fart ale dostaliśmy chyba jeden z najlepszych pokoi w całym hotelu (zdjęcie tj. widok z balkonu ów pokoju – poniżej
).

Uradowani dobrym pokojem udaliśmy się na kolację (późna zaczynała być pora) w celu konsumpcji tego co zjeść trzeba było
Dobrobyt na kolacji taki że trudno było coś wybrać… of corse białe wino jako zapitek, do tego potrawka wołowa, kuskus, surówka i na deser kilka specjałów tunezyjskich (albo i nie tunezyjskich… generalnie dużo budyniu a budyń to jest to co lubię :]).
Po sutej kolacji udaliśmy się na spacer nad morze
Mało było widać więc wróciliśmy do pokoju żeby że tak powiem "cieszyć się z wakacji"
Potem były kolejno: trochę ładnej pogody, burza (taki fart jakiś właśnie
), wycieczka do Tunisu, Sidi Bou Said i Kartaginy, pokaz Alzahra (światło i dźwięk), opalanie, kąpiel w morzu, palenie sziszy, znowu opalanie i kąpiel w morzu, wycieczka do zoo, ostatnie łapanie promieni słonecznych w ostatni dzień wakacji i o godzinie 3:40 jazda autokarem na lotnisko, lot samolotem i deszczowa i zimna Warszawa
Swoja drogą dobrze że powrót był w czwartek, pozwoliło mi to się zaklimatyzować w Polsce na powrót po tym czego doświadczyłem w Tunezji
Podsumowując Tunezja to zabawny kraj gdzie za 1 dinara (około 2 zł w przeliczeniu) napiwku ludzie się cieszą, a za brak chęci zakupu danego towaru (bez targowania) potrafią się obrazić
Kraj gdzie poza językiem arabskim obowiązuje język francuski, niektórzy ni w ząb nie kumają angielskiego i wtedy pozostaje tylko dogadanie się "na migi"
Miejsce gdzie w zimie jest 14 stopni i pada deszcz (normalnie taka nasz polska jesień), taksówką za niecałe 10 dinarów można przejechać ponad 12 km i to bez żadnego "dodatku" za tak zwane trzaśnięcie drzwiami jak to jest w Polsce. Kraj gdzie niepraktykujący muzułmanie szanują zwyczaje tych praktykujących – znaczy się że w ramadanie nie afiszują sie z jedzeniem, piciem i paleniem na ulicy, szanując tych którzy wybrali post. Miejsce gdzie 1 litr absoluta kosztuje 120 dinarów, drink z gin’em 60 dinarów a ich lokalna wódka (Boukha) jest w granicach 10 dinarów na butelkę
Generalnie Tunezyjczycy są sympatyczni, usłyszałem że w temperamencie (w stosunku do kobiet) dorównują Włochom a dodatkowo sam ramadan (gdzie obowiązuje również wstrzemięźliwość skesulana) powoduje że staja się dość "niespokojni"
Oczywiście wszystko w granicach przyzwoitości, generalnie Tunezja jest bezpiecznym krajem, na pewno bezpieczniejszym niż Polska (nie wydziałałem tam grupek dresów ani innych podejrzanych typów który tylko patrzą kogo tu skroić albo trzasnąć w łeb) jako że jest to generalnie rzecz biorąc państwo policyjne
I tym akcentem kończę wpis życząc wszystkim czytającym udanych wakacji (jeśli jeszcze na nich nie byli)
Pozdrowienia,
Camel
p.s. w karcie hotelowej w polu imię zamiast "Kamil" wpisali mi "Kami"… nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt że będąc w starej części Tunisu, w poszukiwaniu pamiątek, sprzedawcy na wielbłądy mówili właśnie "kami"
ot taka ciekawostka na zakończenie